Sporo już mówi sama okładka książki: wygląda to jakby niedźwiedź osiągnął szczyt i zarazem kres możliwości usuwania się z drogi cywilizacji. Cierpliwa i odważna obserwatorka Anna Maziuk pisze też o tym, opisując zawiły dramat odwiecznego współbytowania niedźwiedzi i ludzi, a zwłaszcza jego historię najnowszą. Prawda to surowa smutna i czasem tylko pocieszająca, dająca jednak mądry wgląd w niełatwą sytuację. Zasadniczy pech niedźwiedzia wynika z jego siły i rozmiarów – budzących respekt, ale i strach, który jest najczęściej złym doradcą.
Niedźwiedź, jak większość dzikich zwierząt, wybiera do bytowania tereny dzikie, trudno dostępne, dalekie od industrialnych siedzib cywilizacji człowieka. Jest tu rozdział o wyszukiwanych i konstruowanych z niejaką maestrią gawrach, gdzie zwierze potrafi przespać kilka trudnych zimowych miesięcy. Jest mowa o tym gdzie zwierzęta jeszcze występują, a gdzie już coraz rzadziej albo wcale. Jest też i o atakach niedźwiedzia na człowieka, zakończonych czasem śmiercią – z tym, że ataków człowieka na niedźwiedzia, zakończonych często jego śmiercią, było i jest nieporównanie więcej. Wiele z niedźwiedzi traktowanych było okrutnie w cyrkach i dla wątpliwej jakości rozrywki, wiele uwięzionych zostało w ogrodach zoologicznych w betonowych klatkach o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, gdzie duże zwierze popada w stereotypię chodząc bezustannie w kółko. (opowiada o tym najwymowniej genialny wiersz Rilkego pt. „Pantera”)
Wytępiony doszczętnie w wielu regionach Polski i świata niedźwiedź jest w tej chwili, teoretycznie, pod całkowitą ochroną – co nie chroni go w ogóle przed kłusownikami i samosądami mieszkańców, którym zwierze wyrządza szkody. Myśliwi dokarmiają zwierzęta na tzw. nęciskach. Często dokarmiają je turyści – niedźwiedź szybko kojarzy obecność człowieka z łatwym dostępem do jedzenia – tu zaczynają się załamywać prawa natury – jak wszędzie przy wysforowanym z niej człowieku i każdym zwierzęciu, które ma z człowiekiem do czynienia. Są też dobre tego strony – buduje się ostatnio sporo większych wybiegów dla miśków, a nawet całych azylów. Wiele z niedźwiedzi ma swoje imiona i życiorysy – niektóre z życiorysów ich potomstwa znikają jednak z braku danych.
Nasza autorka śledzi niedźwiedzie w naturze, podchodzi je na bezpieczną odległość, wie jak postępować i współdziała z przyrodnikami, którzy też to i jeszcze więcej wiedzą. (ci którzy je dobrze znają mówią „niedźwiedzie dobrze rozumieją i szanują granice”). Była też w Kanadzie i obserwowała z bliska grizzly i baribale. Rdzenni mieszkańcy żyją tam obok nich kierując się zasadą „Becoming one” „stawać się jednym” (co byłoby chyba współgrało ze starą buddyjska mądrością, podkreślaną też przez Schopenhauera zasadą TAT TWAM ASI – co znaczy tyś jest tą istotą).
Anna Maziuk przedstawia nam niedźwiedzia, naszego teraz jeszcze południowego sąsiada, na pewnym etapie – poszukiwania domu, o czym mówi tytuł jej reportażu. Nie wiemy na razie czy wielki kudłaty stwór taki dom może jeszcze tu mieć na stałe. Zazdroszczę ze swej strony niedźwiedziom na razie jednego: zdolności do paromiesięcznej hibernacji w gawrze – przesypiania niesprzyjającego czasu.
Marcin
Pani Elizo.
Poskarżę się Pani.
Mąż nie pozwala mi mówić.
Ani słowa.
Dopóki sam nie przeczyta…
Jeszcze o tym nie wie,
że Pani książki nie da się opowiedzieć,
ani opisać.
Można ją tylko prześnić.
Wlazłam w Pani sny, jakby były moje.
Śniłam z Panią permanentnie.
Frunęłam na drzwiach,
ćpałam Polskę,
nie rozumiałam nowego języka.
Płakałam bo Janion, bo Miron, bo Kant, bo Schulz, bo Chopin, bo kot starej sąsiadki…
Byłam niedźwiedziem polarnym.
Wyrósł mi długi, zielony ogon.
Zanurzałam się w ciężkim od pyłu jeziorze.
Czułam całą sobą każdy milimetr Pani lęków.
bo
bardzo dobrze wiem jak to jest być
po drugiej stronie siebie.
Za wszystkie Pani_moje sny z serca bardzo dziękuję.
Ola
Śmiem twierdzić, że „Szara godzina…” Filipa Springera to jedna z najważniejszych książek, które przeczytałam w tym roku.
Chciałabym móc zacytować ją w całości – nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa czy przecinka.
Ale… Jaki by to miało sens?
Lepiej rozmawiać o „Szarej godzinie…”
Tematy ważne pączkują, bo to książka – zaczepka, tekst mocno prowokujący.
Pytamy o architekturę, ale i o kontekst jej powstawania, sensy czy bezsensy, jakie sobą i ze sobą niesie.
Pytamy o zasadność burzenia i o burzenia przeciwieństwo – potrzebę budowania.
Szukamy w sobie empatii, wypatrujemy pokory, szacuku w stosunku do świata szeroko rozumianego, jego poszczególnych elementów, części składowych.
Zastanawiamy się nad zewnętrzem i wnętrzem. Istotą bycia i zjawisk.
Oglądamy poczynania ludzkości z lotu ptaka i w zwierciadle trzymanym w dłoni podczas najzwyklejszych życiowych czynności i zdarzeń.
Zasadzamy się na Drugiego, kierowani instynktem, albo może dzikimi żądzami…
Gubimy po drodze współCzucie, napychając kieszenie egoizmem, narcyzmem, pokusą zysku.
Depczemy. Niszczymy. Nie szanujemy. Ignorujemy.
Wygłaszamy monologi.
Liczy się zarobek. Dobrostan. Komfort. Wygoda.
Ja mnie mną Moje.
Etyczna pustynia.
O tym Springer.
Między innymi.
Pusta łódka zacumowana pod kamienicą – z fotografii zamieszczonej na okładce „Szarej godziny…” urosła w tych dniach do rangi symbolu. Skąd i dokąd nią popłyniemy?
Czy mamy jeszcze na to wpływ?
Szara goodzina – czas przejścia/przełomu, nieoczywistej przestrzeni, niedopowiedzenia, swoistego zawieszenia.
Co po niej?
Czytajmy/Słuchajmy/Rozmawiajmy/ Miejmy odwagę pytać…
Ola
Witold Wojtkiewicz „najwybitniejszy” jak się przypuszcza „malarz polskiego modernizmu” żył lat trzydzieści (1879 – 1909). Malarz fantomów dzieci, lalek, kalek i wariatów – gubiący je w szarości prującej się na wspomnienia kolorów. Malarz pejzaży znikających, jakby były tylko odbite w ostatniej fazie mydlanej bańki, malarz urywającego się filmu i prześwietlonych widoków, ktoś, kto widział świat w jego kruchej ulotności i tę właśnie uwiecznił.
Dużo więcej i ciekawiej pisze o tym malarstwie Piotr Paziński cytujący też wnikliwe uwagi Jerzego Ficowskiego i wybitnego historyka sztuki Wiesława Juszczaka.
Za wspaniały i prosty pomysł wydawnictwa Nisza uważam wydanie reprodukcji obrazów w osobnym bloczku dołączonym do książki.
Marcin
Chciałabym wszystkich ostrzec.
Od bodaj tygodnia jestem zainfekowana.
Wirusa przyjęłam w swe progi, można by rzec – na własne życzenie. Zaprosiłam, trochę naiwnie, trochę skuszona sławą, trochę kierowała mną zwykła, ludzka ciekawość…
Bo gdy masz trochę, zawsze chcesz więcej.
I choćbyś się zaparł, odgrodził, użył metod czarodziejskich, od tego głodu i tęsknoty nie uciekniesz…
Jak to w życiu bywa, szukając lekarstwa, odnajdujesz symptomy kolejnej choroby.
Pomyślałam sobie: wezmę, przejrzę, zapoznam się, wyrobię zdanie.
I wtedy to się stało.
Wpadłam w szpony, zniknęłam w wirze, odebrało mi dech, oczy zasnuła mgła.
Usłyszałam elektryzującą muzykę, w rytm której zaczęłam szaleńczo tańczyć.
Swing, twist, rock’n’roll!!!
Muzyka świetnie skonstruowanych opowieści w przegenialnym przekładzie.
Oto przede mną koncert na cztery ręce.
Sylwia Plath i Aga Zano.
Cóż to jest za kompozycja, cóż za literacki dialog, współbrzmienie dwóch Dusz Kobiecych?
Ja, proszę Państwa nie umiem, czytając Plath/Zano, usiąść na chwilę, spokojnie spocząć, odetchnąć, wyciszyć… Wszystko we mnie drga, rezonuje. Ciśnienie wzrasta.
(Być może ów stan ducha Kapelusznik z „Alicji w Krainie Czarów” nazywał „gibąsaniem”…)
Wspaniałe teksty opowiadań lśnią, błyszczą, blikują – tak genialnie przetłumaczone, wyczute, odczute, wygłaskane, wyszlifowane w każdym szczególe, wyniuansowane, wyrzeźbione słowem schwytanym, jakby pojmania tego nie było, jakby słowo ciałem się stawało na życzenie Literackiej Bogini.
W punkt, w sedno. W Serce!!!
Tu JEST WSZYSTKO.
Moje tęsknoty, moje marzenia, mój ból, mój lęk, moje chcenie i niechcenie, moje zaskoczenia, objawienia, zachwyty, mój głód i nasycenie, moja naiwność i doświadczenie.
Kocham i nienawidzę.
Wygrzewam się, ociekam potem i… drżę wychłodzona, marznę do szpiku kości.
Odpoczywam leniwie i męczę się do porzygania.
Stoję, jak słup soli, gnam, niczym tornado. Jestem niszczącą wichurą, nieruchomym żarem, przypływem i odpływem.
To jest mój świat, a ja jestem w nim.
Weszłam po uszy w frazę, rytm, melodię słów, zdań, sekwencji historii, które są moim domem.
Kocham od teraz i od zawsze, będąc każdym szczegółem, każdym odczuciem, każdym słowem wprost i niedopowiedzeniem.
I kochać nie przestanę.
WIELOWYMIAR, POP-UP W MILIONIE D, DIAMENT, GENIAL!!!!!!
I…
Długo, długo…
Nic.
Ola
„Małe światy” Caleba Azumaha Nelsona sprzęgły się z moją wrażliwością bardziej niż wydane rok wcześniej „Otwarte wody”.
Mamy w tej powieści znów klimat lata, które się nie kończy, wątek pierwszych miłości i muzykę nie tylko jako tło wydarzeń, ale i osobny temat. Muzyka to tutaj azyl i sfera pozwalająca na zrozumienie i opowiedzenie samego siebie: dźwięki, rytm, wibracje, taniec, improwizacje tworzą nieopresyjny język ponad podziałami narodowymi, który może nas łączyć z innymi bez słów.
Obok zaś wybrzmiewa i przemycana jest opowieść o noszonym przez bohaterki i bohaterów w trzewiach, tłumionym wobec niesprawiedliwości na tle rasowym krzyku, buncie, strachu przed okrucieństwem, historia o mentalnym „lochu niewolników”, z którego trudno nie wyjść emocjonalnie poturbowanym, o płaczu za często przyczajonym w gardle, o tęsknocie za tym, co utracone, a także o korzeniach, które bywają przekleństwem, ale które ostatecznie dają oparcie.
Brytyjsko-ghański autor po raz kolejny wskazuje więc na moc bezpiecznych kręgów, przestrzeni służących pielęgnowaniu wspólnoty i bliskości, w których można czuć się wolnym i kochanym. I ta część – muszę przyznać – jakoś mnie wzruszyła.
Viola
Dwa nowe wspaniałe tomy poezji i wznowiona opowieść Hiromi Kawakami (do której bardzo mi blisko), czyli światło, linie, plamy, kwiaty, ogrody, przejścia, rozmowy z duchami (z tym, co święte), powidoki, znaki, obrzędy i obrządki, przeczucia, pożegnania, odpominanie, wycieczki do miejsc niemożliwych, utraconych, wyobrażonych, do światów równoległych, powroty z nich, odczytywanie śladów, odzyskiwanie przez nazywanie, stwarzanie na nowo, ustalanie odległości, nadawanie im mocy.
Viola